Akcja „Tata też czyta” w Bibliotece Pedagogicznej w Radomiu.
Gdy pracownicy Biblioteki Pedagogicznej postanawiają włączyć się w realizację ciekawej akcji czytelniczej, zastanawiają się jak to „ugryźć”. Jakie podjąć działania, żeby było skutecznie, oryginalnie i twórczo? Co by tu wymyślić i przygotować, żeby nasze działania wsparły realizację celów kampanii, usatysfakcjonowały odbiorców, a zaangażowanym bibliotekarzom dały szansę rozwinąć skrzydła – wykorzystać swój potencjał i inklinacje? Kolejność kierujących bibliotekarską bracią czynników motywujących może być odwrotna, czyli najpierw decydujemy, co sprawi nam największą frajdę, a przy tym spodoba się naszym czytelnikom i okaże się pożyteczne. Przy okazji omawianej w tym artykule realizacji poszliśmy tą pierwszą ścieżką, przy czym hasło „frajda” ani na chwilę nie znikało nam z horyzontu.
Ideą ogólnopolskiej akcji „Tata też czyta” jest promocja męskiego czytania zarówno „sobie a muzom”, jak i młodemu pokoleniu. Jak informują jej pomysłodawcy: „Każdy rodzic czy opiekun regularnie czytający to szczęście i fundament przyszłości dziecka”. Na tej samej stronie – https://www.tatatezczyta.pl/ – autorzy zachęcają do wspólnego z pociechami czytania: „(…) rodziców, a w szczególności tatusiów! Bo tylko dzięki wspólnemu wysiłkowi wszystkich grup zmienimy świat na świat czytający, czyli empatyczny, rozumiejący, lepszy.”
I jeszcze jeden cytat: „Tatusiowie, Wujowie, Dziadkowie, Starsi Bracia, Trenerzy – nawołujemy Was – czytajcie! Każdy rodzic czy opiekun regularnie czytający to szczęście i fundament przyszłości dziecka. Włącz się! Bo czytanie łączy…To zawołanie kierujemy do każdego, kto chce promować ideę czytania wśród mężczyzn – sobie i dzieciom. A w szczególności do różnych środowisk, które są blisko czytelnika i mają wpływ na zmianę i kształtowanie nawyków.” Jako wpływowe środowisko będące blisko czytelnika bez wahania przystąpiliśmy do trzeciej edycji kampanii. Nasz dwuosobowy, pełen entuzjazmu, zespół (ja i koleżanka Dagmara) przeprowadził burzę mózgów, która zaowocowała zestawem mniej lub bardziej realistycznych pomysłów. Wybrałyśmy ten najlepiej rokujący, z największymi szansami na szeroko pojęty sukces – przedstawienie: z humorem, atrakcyjną scenografią i z nienachalnym, choć nie do przeoczenia, morałem. Pomysł był taki, by sztukę „Tata też czyta” pokazać grupom szkolnym oraz zorganizować pokaz dla dorosłych czytelników-tatusiów z rodzinami. Na razie nasz minispektakl miała okazję obejrzeć i nagrodzić gromkimi brawami jedynie grupa młodzieży wczesnoszkolnej z opiekunami, ale wszystko przed nami, sprawa jest rozwojowa.
Napisałam zatem krótki scenariusz, taki pod tezę, że „Tata też czyta”, a mama to już obowiązkowo. Czytanie córce – Ninie – sprawia rodzicom radość, a dziewczynce przynosi wiele korzyści. Ja i wspomniana już koleżanka Dagmara z dużym entuzjazmem planowałyśmy nasz występ, gotowe śpiewać, tańczyć i recytować do utraty tchu. To, że odtwórczyni roli latorośli była starsza od swojej scenicznej mamy, okazało się mniejszym problemem niż wyposażenie wspomnianej rodzinki w tatę – tatę niemal idealnego, który z bukietem kwiatów dla żony i paczką krówek bez oleju palmowego prosto do domu po pracy wraca. Panów bibliotekarzy na schwał co prawda u nas nie brakuje, ale takich z artystycznym zacięciem, z odwagą do wyjścia na „scenę” i gotowością do poddania się potencjalnie srogim wyrokom publiczności, jest już jakby mniej. Wyzwanie podjął nasz kolega z filii w Grójcu – Tomek. I dobrze zrobił, bo okazję do wypełnienia misji „uczyć bawiąc” i zaprezentowania swoich umiejętności w świetle bibliotecznych lamp trzeba chwytać tu i teraz. Na telefon z Hollywood też warto cierpliwie czekać, ale a nuż łowca talentów nie wyrobi się przed momentem, gdy stuknie nam wiek emerytalny? Tomek nie czekał i stworzyliśmy we trójkę zgrany zespół.
Równolegle z próbami odbywało się zbieranie pomysłów na scenografię, rekwizyty, kostiumy, podkład muzyczny i wszelkie efekty mniej lub bardziej specjalne, które podniosłyby jakość naszego widowiska i zadowolenie odbiorców. Ozdobione ilustracjami roślin doniczkowych i „rodzinnymi fotografiami” parawany, mała kanapa, fotele i lampa, pomogły nam zaaranżować domowe wnętrze, a dokładnie salon, w którym rodzinka spotyka się, by wypić herbatkę, omówić ważne sprawy i mile spędzić czas przy wspólnej lekturze. Domowych pupili odegrały urocze maskotki. Były też prawdziwe krówki, którymi po spektaklu mój sceniczny tata poczęstował dziecięcą publiczność. Portrety Dagmary i Tomka, ten „ślubny” oraz „mikołajkowy”, zaprojektowane z użyciem AI w programie graficznym Canva, to kolejne detale, które miały nam pomóc zdobyć serca widzów. I pomogły! To zdecydowanie artykuł ze szczęśliwym zakończeniem.
Zbliżamy się do zakończenia, a zatem wisienka na torcie, czyli słów kilka o naszym popisie wokalno-instrumentalnym na finał przedstawienia. Trochę się będę chwalić, ale bądźmy szczerzy, kto nie skorzystałby z okazji, by wspomnieć o swoich zasługach w poczytnym magazynie? Napisałam tekst do melodii Stand By Me skomponowanej przez Bena E. Kinga. Tomek za nic w świecie nie chciał zaśpiewać, w przeciwieństwie do mnie i Dagmary – my za nic w świecie byśmy z tego nie zrezygnowały. Ojciec rodziny musiał zatem zagrać. Zgodził się, choć wiedział, że nie dysponujemy żadnym sensownym instrumentem. Ktoś powie – spryciarz, a ja powiem – rasowy aktor! On po prostu postanowił to granie odegrać! Wziął w dłonie zabawkowy keyboard, założył dżokejkę, ciemne okulary i łańcuch z mini dyskotekową kulą, a gdy z głośnika popłynęła fortepianowa wersja Stand By Me – zagrał! Jako domowy DJ hipnotyzował publiczność, a mnie i Dagmarze dodawał otuchy w zmaganiach z wokalną materią.
Czy publiczność oszalała z zachwytu? Odpowiem skromnie, że były brawa i uśmiechy, a jedna z nauczycielek – opiekunek wspomniała nam o autentycznym wzruszeniu i ukradkiem ocieranych łzach. To bardzo miłe uczucie, gdy nasza praca spotyka się z tak pozytywnym odbiorem. My, bibliotekarze, właściwie codziennie oddziałujemy na ludzi. To od nas zależy, czy podając książkę albo pomagając założyć konto poślemy czytelnikowi przyjazny uśmiech. Każde prowadzone przez nas zajęcia dają okazję, by docenić starania uczestników, by okazać podziw dla efektów ich pracy lub choćby spojrzeć przyjaźnie i z aprobatą.
Wspomnę na koniec, że cały zespół ma nadzieję na kolejne występy. Moglibyśmy coś poprawić, udoskonalić. Mielibyśmy okazję sprawdzić, czy elementy komiczne, wyciskacze łez, pokrzepiacze serc i przesłanie wszędzie i na wszystkich działają tak samo? A może coś by nas mocno zaskoczyło? Może na nowo poznalibyśmy smak jajek i pomidorów? Jedno jest pewne. To na pewno nie koniec naszej przygody z Melpomeną i Talią.
obraz wygenerowany przez Nano Banana
